Violetta Rychlik

Biblioterapia – metoda użyteczna w pracy wychowawcy

Olsztyn 2005

 

Pojęcie biblioterapii wywodzi się z dwóch wyrazów greckich: „biblion”, co oznacza książkę, i „therapeo” – leczę.

Terminu tego po raz pierwszy użyto w 1916r., a w 1920r. hasło to znalazło się w Oxford English Dictionary. W Polsce termin pojawił się w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Określano nim działalność terapeutyczną, w której główne narzędzie działania stanowi książka.

Według E. Tomasika „ biblioterapia jest zamierzonym działaniem przy wykorzystaniu książek lub materiałów niedrukowanych (obrazów, filmów, itp.) prowadzącym do realizacji celów rewalidacyjnych, resocjalizacyjnych, profilaktycznych i ogólnorozwojowych ”.

Maria Molicka uważa, że metoda ta może być użyteczna w leczeniu niepożądanych stanów psychicznych, takich jak: lęk, poczucie mniejszej wartości, osamotnienie, nuda czy apatia. Celem stosowania książki w terapii jest poza tym rozwój osobowości i pomoc w rozwiązywaniu sytuacji trudnych.

Tak szeroko rozumiana biblioterapia to metoda, która powinna zainteresować każdego wychowawcę. Umiejętnie wykorzystywana w przedszkolu i szkole może przynieść wiele korzyści. Przede wszystkim literatura wzbogaca doświadczenie dzieci. Pomaga uczniom poznawać inne sposoby myślenia i działania, daje wzory zachowań, pokazuje możliwości rozwiązywania konfliktów, łagodzi poczucie osamotnienia, bo uświadamia, że inni mają podobne lub poważniejsze kłopoty, kompleksy. Buduje więc zasoby osobiste ucznia, który bardziej świadomie może spojrzeć na siebie i na innych ludzi. Oczywiście literatura piękna wykorzystywana przez wychowawcę musi być właściwie dobrana, adekwatna do problemów występujących w klasie. Wymieniona wyżej lista pozytywnych oddziaływań wartościowej, odpowiednio dobranej książki nie wyczerpuje zagadnienia. Literatura może także relaksować, dać chwilę uspokojenia, ukojenia, budzić nadzieję na spełnienie potrzeb i oczekiwań, itd.

Szerokie ujęcie biblioterapii mówi więc nie tylko o leczeniu zaburzeń, ale przede wszystkim o rozwoju osobistym poprzez proces naśladownictwa i identyfikacji. Przy takim spojrzeniu na „leczeniu książką”, metoda ta staje się bardzo interesująca dla każdego wychowawcy – praktyka.

W prawidłowo przeprowadzonym procesie bibioterapeutycznym można wyodrębnić kilka etapów. Są to:

1.    diagnoza – rozpoznanie problemu wychowanka lub wychowanków, a także przewidywanie skutków planowanego działania terapeutycznego,

2.    dobór literatury ściśle związanej z daną sytuacją terapeutyczną,

3.    postępowanie terapeutyczno-wychowawcze, na które składa się czytanie indywidualne lub zbiorowe (niekiedy tylko słuchanie ) wzbogacone dodatkowymi formami pracy, którego celem jest wywarcie odpowiedniego wpływu na wychowanka, tzn. :

a)      identyfikacja odbiorcy z bohaterem literackim lub sytuacją,

b)      refleksje odbiorcy nad czytanym tekstem, samym sobą i sytuacją, w jakiej aktualnie się znajduje,

c)       katharsis – rodzaj „oczyszczenia”, odreagowania,

d)      wgląd w samego siebie,

e)      zmiana w postawach i zachowaniu.

 

Druga część tej pracy stanowi próbę przełożenia teorii na praktykę szkolną. Zaproponuję w niej własny scenariusz godziny wychowawczej wykorzystujący fragmenty Grzechów dzieciństwa Bolesława Prusa. Scenariusz ten został pomyślany jako działanie profilaktyczne wobec zjawiska mobbingu, czyli psychicznej przemocy grupowej stosowane wobec jednostki. Miało to związek z zaobserwowaniem przeze mnie, wychowawczynię klasy piątej szkoły podstawowej, niechętnej postawy części uczniów wobec nowej uczennicy.

 

SCENARIUSZ GODZINY WYCHOWAWCZEJ W KLASIE PIĄTEJ LUB SZÓSTEJ WYKORZYSTUJĄCY FRAGMENTY OPOWIADANIA BOLESŁAWA PRUSA „GRZECHY DZIECIŃSTWA”

 

Temat: Kiedy klasa jednoczy się przeciwko koledze...

Cele:

̶             zapobieganie mobbingowi w klasie,

̶             pobudzenie empatii, uświadomienie dzieciom, jak czują się osoby prześladowane i wykluczone przez klasę,

̶             uświadomienie uczniom mechanizmów związanych z wejściem w rolę agresora,

̶             kształtowanie postaw tolerancji, pomocy.

 

Pomoce: książka Bolesława Prusa „Grzechy dzieciństwa”, kartki z tekstem dla uczniów (załącznik nr 1).

Przebieg lekcji:

1.    Rozmowa przygotowująca uczniów do głównej części zajęć.

̶             Jakie warunki powinny być spełnione, by każdy uczeń czuł się dobrze wśród kolegów z klasy?

(Przewidywane odpowiedzi uczniów: dzieci nie dokuczają sobie wzajemnie, nie przezywają się, starają się sobie pomagać, są wobec siebie życzliwe).

2.    Odczytanie pierwszego fragmentu „Grzechów dzieciństwa” (załącznik nr 1). Dzieci powinny wiedzieć, że jest to tekst jednego z najwybitniejszych pisarzy polskich. W celu zachęcenia ich do zapoznania się z całością nauczyciel może krótko, w interesujący sposób streścić opowiadanie, pomijając wątek Józia.

Podczas wzorowego odczytania fragmentu przez nauczyciela uczniowie śledzą otrzymany tekst, który będzie następnie dokładnie analizowany.

3.    Odpowiadając na kolejne pytania nauczyciela, uczniowie tworzą opis sytuacji outsidera Józia. Na tablicy powstają odpowiednie zapisy.

Jakie formy prześladowania stosowała klasa?

W jaki sposób reagował Józio?

Dlaczego chłopcy z klasy wybrali Józia na swoją ofiarę?

̶          Poszturchiwanie

̶          Bicie

̶          Szczypanie

̶          ciąganie za włosy

̶          kłucie

̶          przezywanie

̶          wyśmiewanie się z niepełnosprawności Józia

̶          Starał się przekupić prześladowców bułkami.

̶          Prosił, by dać mu spokój.

̶          Uśmiechał się, starał się obrócić sytuację w żart.

̶          Czasami płakał.

̶          Był inny, bo miał garb.

̶          Był bardzo słaby fizycznie.

̶          Był bojaźliwy, lękliwy.

̶          Nigdy się nie bronił i w ogóle nie stosował przemocy.

̶          Rodzice nie dawali mu odpowiedniego wsparcia, był osamotniony ze swoimi problemami.

̶          Nigdy się nie skarżył, więc napastnicy czuli się bezkarni.

4.    Ochotnik wchodzi w rolę Józia. Polecamy mu wyobrazić sobie, co czuł chłopiec okrutnie traktowany przez grupę. Aby pomóc jego wyobraźni, nauczyciel stara się, przy wykorzystaniu sporządzonych z klasą notatek, wyraziście opisać problem pokrzywdzonego.

(Spodziewane określenia dotyczące uczuć bohatera: strach, ból, smutek, poniżenie, rozpacz, samotność, bezradność, tłumiony gniew).

5.    Następna część lekcji ma pomóc dzieciom wniknąć w motywy prześladowców.

̶           Dlaczego koledzy krzywdzili Józia? Co nimi kierowało?

(rozładowywali agresję; czuli się przez to lepsi, silniejsi; uczestnictwo w prześladowaniach dawało im poczucie przynależności do wspólnoty; czuli się bezkarni;)

̶           Jakimi przymiotnikami opisałbyś członków grupy?

(okrutni, bezmyślni, źli, złośliwi, bezwzględni)

Nauczyciel zwraca uwagę, że nie była to grupa przestępcza, ale zwykli chłopcy w zwykłej klasie.

6.    Jak wyobrażacie sobie dalsze losy bohatera opowiadania? Czy możliwe było rozwiązanie jego problemu i zakończenie okrutnych prześladowań?

7.    Odczytanie dalszego fragmentu utworu (załącznik nr 2).

Rozmowa o uczuciach, jakie wzbudziła w dzieciach historia krzywdzonego przez kolegów dobrego i wrażliwego chłopca. Wypisanie na tablicy wartościowych cech Józia:

̶           dobroć

̶           ofiarność

̶           wrażliwość

̶           koleżeńskość

̶           lojalność

̶           skromność

̶           życzliwość.

8.    Nawiązanie do tematu lekcji, wspólne formułowanie wniosków końcowych:

̶           Ludzi nie należy oceniać po wyglądzie.

̶           Każdy człowiek ma swoją godność, wrażliwość.

̶           Kiedy dokuczamy koledze, on cierpi.

̶           Nikogo nie wolno krzywdzić.

̶           Bezmyślne naśladowanie zachowania innych tylko po to, by być akceptowanym przez grupę, źle o nas świadczy. Czasami trzeba się przeciwstawić grupie, pomóc słabszemu, zło nazwać złem. Wymaga to odwagi cywilnej.

9.    O ile czas pozwoli, możemy zamknąć lekcję „łańcuchem dobrych cech”.

̶           Koledzy męczyli Józia, bo widzieli tylko jego odmienność, jego garb. Nie dostrzegali, jaki wspaniałym był człowiekiem. Spróbujmy spojrzeć na siebie bardziej życzliwie i wymienić nasze dobre cechy.

Nauczyciel formułuje opinię na temat ucznia z pierwszej ławki, np.: „Cenię Kamilę za to, że jest zwykle pogodna, uśmiechnięta.” Kamila z kolei wyraża opinię o mocnej stronie następnego dziecka, itd. Nauczyciel czuwa, by łańcuch nie został przerwany, podpowiadając w razie potrzeby tak, by każde dziecko usłyszało o sobie coś dobrego.


Załącznik nr 1

 

Między kilkudziesięcioma pierwszoklasistami, z których jeden golił już wąsy prawdziwą brzytwą, trzej po całych dniach grali w karty pod ławką, a inni byli zdrowi jak kantoniści, znajdował się kaleka - Józio. Był to chłopczyk garbaty, karzeł na swój wiek, mizerny, z małym noskiem sinym, bladymi oczyma i gładkimi włosami. Był tak wątły, że musiał odpoczywać idąc z domu do szkoły, a taki bojaźliwy, że gdy go wyrwano do lekcji, tracił mowę ze strachu. Nigdy nie bił się z nikim, tylko prosił innych, ażeby jego nie bili. Gdy mu raz "dano szczupaka" po suchej jak patyk ręczynie - zemdlał, ale otrzeźwiony - nie poskarżył się.

Miał on oboje rodziców, ale ojciec wygnał matkę z domu, a Józia zatrzymał przy sobie pragnąc sam kierować jego edukacją. Sam chciał odprowadzać syna do szkoły, chodzić z nim na spacer, dawać mu korepetycje, ale nie robił tego z powodu braku czasu, który mu dziwnie prędko ginął w handlu trunków i owsianego piwa u Moszka Lipy.

Tym sposobem Józio nie miał żadnej, opieki, a mnie się niekiedy wydawało, że na takiego malca nawet Bóg niechętnie patrzy z nieba.

Swoją drogą Józio miewał pieniądze, po sześć i po dziesięć groszy na dzień. Za to miał sobie kupować w czasie pauzy po dwie bułki i po serdelku. Ale że go wszyscy prześladowali, więc on, chcąc się choć jako tako zabezpieczyć, kupował po pięć bułek rozdawał je najsilniejszym kolegom, ażeby mieli dla niego łaskawe serca.

Podatek ten nie na wiele mu się przydał, bo poza pięcioma zjednanymi stało trzy razy tylu nieprzejednanych. Dokuczali mu bez ustanku. Ten go uszczypnął, tamten pociągnął za włosy, inny ukłuł, czwarty dał byka w ucho, a najmniej odważny nazywał go przynajmniej - garbusem.

Józio tylko uśmiechał się na te koleżeńskie żarty, czasami prosił: "Dajcie już spokój!..."- a czasami i nic nie mówił, tylko opierał się na chudych rękach i szlochał.

Koledzy wołali wtedy: "Patrzcie! jak mu się garb trzęsie!..."- i dokuczali mu jeszcze zawzięciej.


Załącznik nr 2

 

Ja z początku mało zwracałem uwagi na garbuska, który wydał mi się niemrawym. Ale raz ten duży kolega, który golił wąsy brzytwą, usiadł za Józiem i począł mu palić byki w oba uszy. Garbus zanosił się od płaczu, a klasa trzęsła się od śmiechu. Wtedy coś mnie ukłuło w serce. Schwyciłem otworzony scyzoryk i drągala, który dawał garbusowi byki, pchnąłem w rękę do kości wołając, że tak zrobię każdemu, kto Józia dotknie palcem!...

Drągalowi trysnęła krew, zbladł jak ściana i zdawało się, że zemdleje. Cała klasa nagle przestała się śmiać, a potem zaczęła krzyczeć: "Dobrze mu tak, niech nie dokucza kalece!..." W tej chwili wszedł profesor, a dowiedziawszy się, żem zranił nożem kolegę, chciał sprowadzić inspektora z diadkiem i z rózgą. Ale wszyscy zaczęli za mną prosić, nawet sam raniony drągal; więc pocałowaliśmy się naprzód ja z drągalem, potem on z Józiem, potem Józio ze mną - i tak mi się upiekło.

Uważałem, że przez całą lekcją garbusek odwracał głowę w moją stronę i uśmiechał się zapewne dlatego, że przez ten czas nie dostał ani jednego byka. Na pauzie także mu nikt nie dokuczał, a kilku oświadczyło, że będą go bronili. On dziękował im, ale - przybiegł do mnie i chciał mi dać bułkę z masłem. Nie wziąłem, więc trochę zawstydził się, a potem rzekł cicho:

̶                   Wiesz co, Leśniewski, powiem ci sekret.

̶                   Gadaj! - odparłem - ale prędko... Garbusek stropił się, a potem zapytał:

̶                   Czy ty już masz przyjaciela?...

̶                   A mnie co po tym?...

̶                   Bo widzisz, gdybyś chciał, to ja mógłbym być twoim przyjacielem.

̶                   Spojrzałem na niego z góry. On zmieszał się jeszcze bardziej i znowu zapytał cienkim i stłumionym głosikiem:

̶                   Dlaczegóż ty nie chcesz, żebym był twoim przyjacielem?

̶                   Bo ja nie wdaję się z takimi trutniami jak ty!... - odpowiedziałem.

̶                   Garbuskowi bardziej niż zwykle pośmiał nosek. Już chciał odejść, ale zwrócił się jeszcze raz do mnie mówiąc:

̶                   To może chcesz, żebym przy tobie siedział?... Widzisz, ja uważam, co belfry zadają, robiłbym za ciebie przykłady... Umiem dobrze podpowiadać...

̶                   Ta argumentacja wydała mi się poważną. Po namyśle przyjąłem garbuska do ławki, a mój sąsiad zgodził się, za pięć bułek, odstąpić mu swego miejsca.

̶                   Już po południu Józio przeniósł się do mnie. Był to mój najszczerszy pomocnik, powiernik i chwalca. On wybierał słówka i robił wszelkie tłomaczenia, on notował zadawane przykłady, nosił kałamarz, pióra i ołówki dla nas obu. A jak podpowiadał!... Przez czas pobytu w szkołach wielu mi podpowiadało, niektórzy nawet klęczeli za to, ale żaden w tej sztuce ani się umywał do Józia. W podpowiadaniu garbusek był mistrzem, bo umiał mówić z zaciśniętymi zębami i robił przy tym tak niewinną minę, że żaden z profesorów nawet nie podejrzewał...

Ile razy osadzono mnie w kozie, garbusek przynosił ukradkiem chleb i mięso ze swego obiadu. A gdy mnie spotkała jaka większa nieprzyjemność, ze łzami w oczach zapewniał kolegów, że ja nie dam sobie zrobić krzywdy.

̶                   Ho! ho! - mówił - Kazio jest mocny. On jak złapie diadkę za ramiona, to nim ciśnie o ziemię jak piórkiem. Nie bójcie się!...

Istotnie koledzy moi nie bali się, tylko on, biedak, bał się za nas obu.

Jeżeli garbusek nie potrzebował na jakiej lekcji uważać, wówczas prawił mi komplimenta:

̶                   Mój Boże!... żebym ja był taki jak ty mocny!.-.Mój Boże!... żebym ja był taki zdolny... Wiesz, że gdybyś chciał, to za miesiąc zostałbyś prymusem...

Pewnego dnia, całkiem niespodzianie, nauczyciel języka niemieckiego wyrwał mnie na środek. Przerażony Józio ledwie miał czas podpowiedzieć mi, że do czwartej deklinacji należą wszystkie rzeczowniki rodzaju żeńskiego, na przykład die Frau - pani.

Ostro wyszedłem i z wielką pewnością zawiadomiłem nauczyciela, że do czwartej deklinacji należą wszystkie rzeczowniki rodzaju żeńskiego, na przykład die Frau - pani. Ale na tym skończyła się moja wiedza.

Profesor spojrzał mi w oczy, pokiwał głową i kazał tłomaczyć. Przeczytałem po niemiecku płynnie i głośno raz, potem jeszcze płynniej - drugi raz, ale gdy zacząłem czytać trzeci raz ten sam ustęp, nauczyciel kazał mi pójść na miejsce.

Wracając do ławki spostrzegłem, że Józio bardzo pilnie przypatruje się ołówkowi profesora i że ma bardzo zafrasowaną minę.

Machinalnie zapytałem garbuska:

             Nie wiesz, jaki mi dał stopień?

             Czy ja wiem - westchnął Józio.

             Ale jak ci się zdaje?

             Ja - rzekł garbusek - dałbym ci piątkę, no - zresztą czwórkę, ale on...

             A on ile mi dał? - pytałem.

             Zdaje mi się, że - pałkę. Ale to osioł, co on tam wie...- odpowiedział Józio tonem głębokiego przekonania.

Pomimo wątłości chłopczyna ten był pracowity i bystry. Ja zwykle czytałem w klasie romanse, a on słuchał wykładu i później mi go powtarzał.

Raz zapytałem go o czym mówił nasz nauczyciel zoologii?

             Widzisz, o tym - odparł garbusek z tajemniczą miną - że rośliny są podobne do zwierząt.

             Głupi on jest - odpowiedziałem.

             Ale - mówił garbusek - on ma racją. Ja już go trochę rozumiem.

Zacząłem się śmiać i rzekłem:

             No, kiedyś taki mądry, to mi powiedz z czego jest podobna wierzba do krowy?

Chłopiec zamyślił się i powoli zaczął:

             Widzisz krowa rośnie, a wierzba także rośnie

             A co dalej?

             Widzisz krowa się karmi i wierzba się karmi sokami z ziemi.

             A co dalej?

             Krowa jest rodzaju żeńskiego, no - i wierzba jest rodzaju żeńskiego - objaśniał Józio.

             Ale krowa macha ogonem - rzekłem mu.

             A wierzba macha gałęźmi - odparł.

Taka suma argumentów nadwerężyła moją wiarę w istnienie różnicy między zwierzętami i roślinami. Sam pogląd podobał mi się, i od tej pory obudziło się we mnie zamiłowanie do zoologii streszczonej w książce Pisulewskiego. Dzięki wywodom garbuska zacząłem z tego przedmiotu miewać piątki.

Pewnego dnia Józio nie przyszedł do szkoły, a nazajutrz przed południem powiedziano, że ktoś mnie wypukuje. Wybiegłem na korytarz trochę niespokojny, jak zwykle w podobnych razach, lecz zamiast inspektora zobaczyłem tęgiego mężczyznę, z pąsową twarzą, fioletowym nosem i czerwonymi oczyma.

Nieznajomy odezwał się głosem nieco chrapliwym:

        To ty chłopcze jesteś Leśniewski?

        Ja.

Przestąpił z nogi na nogę, jakby chwiejąc się, i dodał:

        Zajdź tam do mego syna Józia, do tego garbatego, wiesz? On jest chory, bo onegdaj trochę go przejechali.

Znowu zachwiał się, spojrzał na mnie błędnym wzrokiem i odszedł, głośno tupiąc o podłogę. Mnie jakby kto oblał gorącą wodą. Zdawało mi się, że to ja raczej powinienem być przejechany, nie zaś biedny garbusek, on - taki dobry i wątły...

Po południu wypadła rekreacja. Nie poszedłem już do domu na obiad, tylkom pobiegł do Józia

Obaj z ojcem mieszkali na końcu miasta w dwu pokoikach parterowego domu Gdym wszedł, zastałem garbuska leżącego w krótkim łóżeczku. Był zupełnie sam, sam jeden. Ciężko oddychał i drżał z zimna, bo w piecu nie napalono. Źrenice jego rozszerzyły się tak, że miał prawie czarne oczy. W izdebce czuć było wilgoć, a z dachu padały krople topniejącego śniegu.

Pochyliłem się nad łóżkiem i spytałem:

        Co tobie, Józiu?

On ożywił się, otworzył usta jakby do uśmiechu, ale - tylko jęknął. Wziął mnie za rękę wyschłymi rączętami i zaczął mówić:

        Ja pewnie umrę... Ale boję się... tak sam... więc prosiłem, żebyś przyszedł To... widzisz niedługo... a mnie będzie trochę weselej...

Jeszcze nigdy Józio nie wydał mi się takim jak dziś. Zdawało mi się, że z kaleki wyrasta olbrzym.

Zaczął głucho jęczeć i kaszlać, aż na usta wystąpiła mu różowa piana. Potem zamknął oczy i ciężko oddychał, a czasami wcale nie oddychał. Gdybym nie czuł uścisku jego rozpalonych rącząt, myślałbym, że umarł.

Tak siedzieliśmy godzinę, dwie, trzy - milcząc. Ja prawie straciłem władzę myślenia. Józio odzywał się rzadko i z wielkim wysiłkiem. Powiedział mi, że go z tyłu najechał jakiś wóz, że go strasznie zabolał krzyż, ale już go nie boli, że ojciec wczoraj wypędził sługę, a dziś poszedł szukać innej...

Potem, nie uwalniając mi ręki, prosił, ażebym zmówił cały pacierz. Zmówiłem, a gdym zaczął: "Kiedy ranne wstają zorze", przerwał mi:

        Mów jeszcze - rzekł - "Wszystkie nasze dzienne sprawy..." Ja już się jutro pewnie nie obudzę...

Słońce zaszło, nadciągnęła jakaś szara noc, bo poza chmurami świecił księżyc. W domu nie było świecy, zresztą - nie myślałem nawet zapalać jej. Józio był coraz niespokojniejszy, bredził i tylko chwilami odzyskiwał przytomność.

Już było późno, kiedy od ulicy kołatnęła furtka z wielkim hałasem. Przez podwórze przeszedł ktoś i gwiżdżąc otworzył drzwi naszej izby.

        To tatko? - jęknął garbusek.

        Ja, mój synu! - odparł przybysz ochrypniętym głosem. -Jakże ci tam? Pewnie lepiej!... Tak być powinno!... Zawsze uszy do góry, mój synu...

        Tatku... nie ma światła... - mówił Józio.

        Głupstwo światło!... A to kto?... - zawołał potykając się o mnie.

        To ja... - odparłem.

        Aha! Łukaszowa? dobrze!... Prześpij się dziś, a jutro - sprawię ci wnyki... Ja gubernator!... Rum-jamajka!...

        Dobranoc, tatku!... dobranoc!... - szeptał Józio.

        Dobranoc, dobranoc, moje dziecko!... - odparł przybysz i schyliwszy się nad łóżkiem - mnie pocałował w głowę. Uczułem, że pod pachą miał butelkę.

        Wyśpij się - dodał - a jutro marsz do szkoły!... Krokiem maarrsz!... Rum-jamajka!... - wrzasnął i poszedł do drugiego pokoiku.

Tam ciężko usiadł, widocznie na kufrze, uderzył głową o ścianę, a po chwili - rozległo się miarowe bulgotanie, jakby ktoś pił.

        Kaziu!, ..-szepnął garbusek-jak już będę... tam.. .przyjdź do mnie czasem. Powiesz mi, co zadano na lekcje...

W drugim pokoju wrzasnął przybysz:

        Zdrowia życzymy panu gubernatorowi!... Wiwat!... Ja gubernator!... Rum-jamajka!...

Józio począł się trząść i mówić coraz niespokojniej:

        Tak mnie łamie!... Czyś ty na mnie usiadł, Kaziu? Kaziu!... O, nie bijcie mnie już!...

             Rum!... Rum-jamajka - wołano w drugim pokoju. Znowu coś zabulgotało, a potem - butelka z przeraźliwym brzękiem uderzyła o podłogę.

Józio przyciągnął moją rękę do ust, schwycił zębami za palce i - nagle puścił. Już nie oddychał.

      Panie! - zawołałem. - Panie! Józio umarł!...

      Co tam pleciesz? - mruknął głos z drugiego pokoju.

Zerwałem się z łóżka i stanąłem we drzwiach patrząc w ciemność.

      Józio umarł!... - powtórzyłem cały drżący. Człowiek rzucił się na kufrze i wykrzyknął:

      Wynoś mi się stąd, błaźnie!... Ja, jego ojciec, lepiej wiem, czy on umarł!... Wiwat pan gubernator!... Rum-jamajka!...

Uczułem trwogę i uciekłem.

Przez całą noc nie mogłem spać, miałem dreszcze, męczyły mnie jakieś straszne marzenia. Z rana obejrzał mnie gospodarz naszej stancji, powiedział, że mam gorączkę, że pewnie zaraziłem się od przejechanego Józia, i - kazał mi postawić na krzyżu dwanaście baniek ciętych. Po tym lekarstwie nastąpiło, jak mówił gospodarz, takie przesilenie, żem tydzień leżał w łóżku.

Nie byłem na pogrzebie Józia, którego odprowadziła cała nasza klasa z nauczycielami i księdzem prefektem. Mówiono mi, że miał czarną trumnę aksamitną, tak małą jak pudełko od skrzypców.

Ojciec jego strasznie płakał, a na cmentarzu złapał trumnę i chciał z nią uciekać. Ale pomimo to Józia pochowali, a jego ojca komisarz z policjantem wyprowadzili z cmentarza.

Gdy pierwszy raz poszedłem do szkoły, powiedziano mi, że ktoś co dzień wypytuje się o mnie. Jakoż o jedenastej wypukano mnie.

Wyszedłem - za drzwiami stał ojciec zmarłego Józia. Miał twarz barwy bladofioletowej, a nos popielaty. Byt zupełnie trzeźwy, tylko trzęsła mu się głowa i ręce.

Człowiek ten wziął mnie pod brodę i długo wpatrywał mi się w oczy, a potem nagle rzekł:

      Ty obroniłeś Józia, kiedy mu w klasie dokuczali?...

"Czy zwariował ten stary?" - pomyślałem, alem mu nic nie odpowiedział.

On objął mnie rękoma za szyję i pocałował kilka razy w głowę szepcząc:

      Niech cię Bóg błogosławi... Niech cię błogosławi!...

Puścił mi głowę i znowu spytał:

      Byłeś przy jego śmierci?... Powiedz mi prawdę, bardzo on się męczył?...

Wtem cofnął się i rzekł prędko:

      Albo nie... nic mi już nie mów!... O, nikt nie wie, jakim ja nieszczęśliwy!...

Z oczu poczęły mu płynąć łzy. Schwycił się oburącz za głowę, odwrócił się ode mnie i pobiegł ku schodom krzycząc:

             Biedny ja!... biedny... biedny...

Wołał tak głośno, że na korytarz powychodzili profesorowie. Patrzyli za nim, pokiwali głowami i kazali mi wrócić do klasy.

Nad wieczorem jakiś faktor przyniósł na stancją spory kufer dla mnie i kartkę z tym tylko napisem:

"Od biednego Józia - pamiątka."

W kufrze było mnóstwo pięknych książek po nieboszczyku Józiu, a między nimi: Księga świata, Historia Cezara Cantu, Don Quichot, Galeria Drezdeńska i wiele innych. Książki te obudziły we mnie namiętną chęć do poważniejszego czytania.

Dobrze już na wiosnę wybrałem się pierwszy raz na grób Józia. Był taki mały i zgarbiony, jak on sam. Spostrzegłem, że ktoś obsadził go zielonymi gałązkami. O parę kroków dalej, między trawą, znalazłem kilka butelek z napisem: Rum-Jamaica. Siedziałem z godzinę, alem nie powiedział Józiowi, co zadali na lekcje, bo i sam nie wiedziałem, i on się nie spytał.

W tydzień znowu przyszedłem na cmentarz. Znowu zobaczyłem gałązki świeżo zatknięte w grób Józia, a między trawą - znowu znalazłem kilka całych i nadtłuczonych butelek.

W początkach maja rozeszła się po mieście szczególna wiadomość. Oto z rana, przy grobie Józia, znaleziono martwe zwłoki jego ojca. Obok nich leżała wypróżniona do połowy butelka z napisem: Rum-Jamaica.

Mówili doktorzy, że człowiek ten umarł na anewryzm.

Wypadki te oddziałały na mnie w szczególny sposób. Od tej pory ciężyło mi towarzystwo kolegów i nudziły ich krzykliwe zabawy. Wówczas zatapiałem się w czytaniu książek, które mi zostawił Józio, albo wymykałem się za miasto, w jary zarosłe krzakami, i włócząc się tam rozmyślałem - Bóg wie o czym. Nieraz zapytywałem się, dlaczego tak nędznie zginął Józio i dlaczego ojciec był tak samotny, że aż musiał tulić się do grobu syna. Czułem, że największym nieszczęściem jest opuszczenie, i zrozumiałem, dlaczego biedny garbusek szukał przyjaciela.

_________________________________________________________________________
BIBLIOGRAFIA

 

1.    Borecka I., Biblioterapia w szkole podstawowej i gimnazjum.

Wałbrzych 2002.

2.    Dambach K. E., Mobbing w szkole. Przeł. A. Ubertowska.

Gdańsk 2003.

3.    Malicka M., Bajkoterapia. O lękach dzieci i nowej metodzie terapii.

Poznań 2002.

4.    Prus B., Grzechy dzieciństwa.

Warszawa 1968.

5.    Tomasik E., Czytelnictwo i biblioterapia w pedagogice specjalnej.

Warszawa 1994