Violetta Rychlik
Biblioterapia – metoda użyteczna w
pracy wychowawcy
Olsztyn 2005
a)
identyfikacja
odbiorcy z bohaterem literackim lub sytuacją,
b)
refleksje
odbiorcy nad czytanym tekstem, samym sobą i sytuacją, w jakiej aktualnie się
znajduje,
c)
katharsis –
rodzaj „oczyszczenia”, odreagowania,
d)
wgląd w samego
siebie,
e)
zmiana w
postawach i zachowaniu.
Druga część tej pracy stanowi próbę
przełożenia teorii na praktykę szkolną. Zaproponuję w niej własny scenariusz
godziny wychowawczej wykorzystujący fragmenty Grzechów dzieciństwa Bolesława Prusa. Scenariusz ten został
pomyślany jako działanie profilaktyczne wobec zjawiska mobbingu, czyli
psychicznej przemocy grupowej stosowane wobec jednostki. Miało to związek z
zaobserwowaniem przeze mnie, wychowawczynię klasy piątej szkoły podstawowej,
niechętnej postawy części uczniów wobec nowej uczennicy.
SCENARIUSZ
GODZINY WYCHOWAWCZEJ W KLASIE PIĄTEJ LUB SZÓSTEJ WYKORZYSTUJĄCY FRAGMENTY
OPOWIADANIA BOLESŁAWA PRUSA „GRZECHY DZIECIŃSTWA”
Temat: Kiedy klasa jednoczy się
przeciwko koledze...
Cele:
̶
zapobieganie
mobbingowi w klasie,
̶
pobudzenie
empatii, uświadomienie dzieciom, jak czują się osoby prześladowane i wykluczone
przez klasę,
̶
uświadomienie
uczniom mechanizmów związanych z wejściem w rolę agresora,
̶
kształtowanie
postaw tolerancji, pomocy.
Pomoce: książka Bolesława Prusa „Grzechy
dzieciństwa”, kartki z tekstem dla uczniów (załącznik
nr 1).
Przebieg lekcji:
1.
Rozmowa
przygotowująca uczniów do głównej części zajęć.
̶
Jakie warunki
powinny być spełnione, by każdy uczeń czuł się dobrze wśród kolegów z klasy?
(Przewidywane odpowiedzi uczniów: dzieci
nie dokuczają sobie wzajemnie, nie przezywają się, starają się sobie pomagać,
są wobec siebie życzliwe).
2.
Odczytanie
pierwszego fragmentu „Grzechów dzieciństwa” (załącznik nr 1). Dzieci powinny wiedzieć, że jest to tekst jednego z
najwybitniejszych pisarzy polskich. W celu zachęcenia ich do zapoznania się z
całością nauczyciel może krótko, w interesujący sposób streścić opowiadanie,
pomijając wątek Józia.
Podczas wzorowego
odczytania fragmentu przez nauczyciela uczniowie śledzą otrzymany tekst, który
będzie następnie dokładnie analizowany.
3.
Odpowiadając na
kolejne pytania nauczyciela, uczniowie tworzą opis sytuacji outsidera Józia. Na
tablicy powstają odpowiednie zapisy.
|
Jakie
formy prześladowania stosowała klasa? |
W
jaki sposób reagował Józio? |
Dlaczego
chłopcy z klasy wybrali Józia na swoją ofiarę? |
|
̶
Poszturchiwanie ̶
Bicie ̶
Szczypanie ̶
ciąganie za
włosy ̶
kłucie ̶
przezywanie ̶
wyśmiewanie
się z niepełnosprawności Józia |
̶
Starał się
przekupić prześladowców bułkami. ̶
Prosił, by dać
mu spokój. ̶
Uśmiechał
się, starał się obrócić sytuację w żart. ̶
Czasami
płakał. |
̶
Był inny, bo
miał garb. ̶
Był bardzo
słaby fizycznie. ̶
Był
bojaźliwy, lękliwy. ̶
Nigdy się nie
bronił i w ogóle nie stosował przemocy. ̶
Rodzice nie
dawali mu odpowiedniego wsparcia, był osamotniony ze swoimi problemami. ̶
Nigdy się nie
skarżył, więc napastnicy czuli się bezkarni. |
4.
Ochotnik
wchodzi w rolę Józia. Polecamy mu wyobrazić sobie, co czuł chłopiec okrutnie traktowany
przez grupę. Aby pomóc jego wyobraźni, nauczyciel stara się, przy wykorzystaniu
sporządzonych z klasą notatek, wyraziście opisać problem pokrzywdzonego.
(Spodziewane określenia dotyczące uczuć
bohatera: strach, ból, smutek, poniżenie, rozpacz, samotność, bezradność,
tłumiony gniew).
5.
Następna część
lekcji ma pomóc dzieciom wniknąć w motywy prześladowców.
̶
Dlaczego
koledzy krzywdzili Józia? Co nimi kierowało?
(rozładowywali agresję; czuli się przez to
lepsi, silniejsi; uczestnictwo w prześladowaniach dawało im poczucie
przynależności do wspólnoty; czuli się bezkarni;)
̶
Jakimi
przymiotnikami opisałbyś członków grupy?
(okrutni, bezmyślni,
źli, złośliwi, bezwzględni)
Nauczyciel zwraca uwagę, że nie była to
grupa przestępcza, ale zwykli chłopcy w zwykłej klasie.
6.
Jak wyobrażacie
sobie dalsze losy bohatera opowiadania? Czy możliwe było rozwiązanie jego
problemu i zakończenie okrutnych prześladowań?
7.
Odczytanie
dalszego fragmentu utworu (załącznik nr 2).
Rozmowa o uczuciach, jakie wzbudziła w
dzieciach historia krzywdzonego przez kolegów dobrego i wrażliwego chłopca.
Wypisanie na tablicy wartościowych cech Józia:
̶
dobroć
̶
ofiarność
̶
wrażliwość
̶
koleżeńskość
̶
lojalność
̶
skromność
̶
życzliwość.
8.
Nawiązanie do
tematu lekcji, wspólne formułowanie wniosków końcowych:
̶
Ludzi nie
należy oceniać po wyglądzie.
̶
Każdy człowiek
ma swoją godność, wrażliwość.
̶
Kiedy dokuczamy
koledze, on cierpi.
̶
Nikogo nie
wolno krzywdzić.
̶
Bezmyślne naśladowanie
zachowania innych tylko po to, by być akceptowanym przez grupę, źle o nas
świadczy. Czasami trzeba się przeciwstawić grupie, pomóc słabszemu, zło nazwać
złem. Wymaga to odwagi cywilnej.
9.
O ile czas
pozwoli, możemy zamknąć lekcję „łańcuchem dobrych cech”.
̶
Koledzy męczyli
Józia, bo widzieli tylko jego odmienność, jego garb. Nie dostrzegali, jaki
wspaniałym był człowiekiem. Spróbujmy spojrzeć na siebie bardziej życzliwie i
wymienić nasze dobre cechy.
Nauczyciel formułuje opinię na temat
ucznia z pierwszej ławki, np.: „Cenię Kamilę za to, że jest zwykle pogodna,
uśmiechnięta.” Kamila z kolei wyraża opinię o mocnej stronie następnego
dziecka, itd. Nauczyciel czuwa, by łańcuch nie został przerwany, podpowiadając
w razie potrzeby tak, by każde dziecko usłyszało o sobie coś dobrego.
Załącznik
nr 1
Między kilkudziesięcioma
pierwszoklasistami, z których jeden golił już wąsy prawdziwą brzytwą, trzej po
całych dniach grali w karty pod ławką, a inni byli zdrowi jak kantoniści,
znajdował się kaleka - Józio. Był to chłopczyk garbaty, karzeł na swój wiek,
mizerny, z małym noskiem sinym, bladymi oczyma i gładkimi włosami. Był tak
wątły, że musiał odpoczywać idąc z domu do szkoły, a taki bojaźliwy, że gdy go
wyrwano do lekcji, tracił mowę ze strachu. Nigdy nie bił się z nikim, tylko
prosił innych, ażeby jego nie bili. Gdy mu raz "dano szczupaka" po
suchej jak patyk ręczynie - zemdlał, ale otrzeźwiony - nie poskarżył się.
Miał on oboje rodziców, ale ojciec
wygnał matkę z domu, a Józia zatrzymał przy sobie pragnąc sam kierować jego
edukacją. Sam chciał odprowadzać syna do szkoły, chodzić z nim na spacer, dawać
mu korepetycje, ale nie robił tego z powodu braku czasu, który mu dziwnie
prędko ginął w handlu trunków i owsianego piwa u Moszka Lipy.
Tym sposobem Józio nie miał żadnej,
opieki, a mnie się niekiedy wydawało, że na takiego malca nawet Bóg niechętnie
patrzy z nieba.
Swoją drogą Józio miewał pieniądze, po
sześć i po dziesięć groszy na dzień. Za to miał sobie kupować w czasie pauzy po
dwie bułki i po serdelku. Ale że go wszyscy prześladowali, więc on, chcąc się
choć jako tako zabezpieczyć, kupował po pięć bułek rozdawał je najsilniejszym
kolegom, ażeby mieli dla niego łaskawe serca.
Podatek ten nie na wiele mu się przydał,
bo poza pięcioma zjednanymi stało trzy razy tylu nieprzejednanych. Dokuczali mu
bez ustanku. Ten go uszczypnął, tamten pociągnął za włosy, inny ukłuł, czwarty
dał byka w ucho, a najmniej odważny nazywał go przynajmniej - garbusem.
Józio tylko uśmiechał się na te
koleżeńskie żarty, czasami prosił: "Dajcie już spokój!..."- a czasami
i nic nie mówił, tylko opierał się na chudych rękach i szlochał.
Koledzy wołali wtedy: "Patrzcie!
jak mu się garb trzęsie!..."- i dokuczali mu jeszcze zawzięciej.
Załącznik
nr 2
Ja z początku mało zwracałem uwagi na
garbuska, który wydał mi się niemrawym. Ale raz ten duży kolega, który golił
wąsy brzytwą, usiadł za Józiem i począł mu palić byki w oba uszy. Garbus
zanosił się od płaczu, a klasa trzęsła się od śmiechu. Wtedy coś mnie ukłuło w
serce. Schwyciłem otworzony scyzoryk i drągala, który dawał garbusowi byki,
pchnąłem w rękę do kości wołając, że tak zrobię każdemu, kto Józia dotknie
palcem!...
Drągalowi trysnęła krew, zbladł jak
ściana i zdawało się, że zemdleje. Cała klasa nagle przestała się śmiać, a
potem zaczęła krzyczeć: "Dobrze mu tak, niech nie dokucza kalece!..."
W tej chwili wszedł profesor, a dowiedziawszy się, żem zranił nożem kolegę,
chciał sprowadzić inspektora z diadkiem i z rózgą. Ale wszyscy zaczęli za mną
prosić, nawet sam raniony drągal; więc pocałowaliśmy się naprzód ja z drągalem,
potem on z Józiem, potem Józio ze mną - i tak mi się upiekło.
Uważałem, że przez całą lekcją garbusek
odwracał głowę w moją stronę i uśmiechał się zapewne dlatego, że przez ten czas
nie dostał ani jednego byka. Na pauzie także mu nikt nie dokuczał, a kilku
oświadczyło, że będą go bronili. On dziękował im, ale - przybiegł do mnie i
chciał mi dać bułkę z masłem. Nie wziąłem, więc trochę zawstydził się, a potem
rzekł cicho:
̶
Wiesz co,
Leśniewski, powiem ci sekret.
̶
Gadaj! - odparłem
- ale prędko... Garbusek stropił się, a potem zapytał:
̶
Czy ty już masz
przyjaciela?...
̶
A mnie co po
tym?...
̶
Bo widzisz,
gdybyś chciał, to ja mógłbym być twoim przyjacielem.
̶
Spojrzałem na niego
z góry. On zmieszał się jeszcze bardziej i znowu zapytał cienkim i stłumionym
głosikiem:
̶
Dlaczegóż ty
nie chcesz, żebym był twoim przyjacielem?
̶
Bo ja nie wdaję
się z takimi trutniami jak ty!... - odpowiedziałem.
̶
Garbuskowi
bardziej niż zwykle pośmiał nosek. Już chciał odejść, ale zwrócił się jeszcze
raz do mnie mówiąc:
̶
To może chcesz,
żebym przy tobie siedział?... Widzisz, ja uważam, co belfry zadają, robiłbym za
ciebie przykłady... Umiem dobrze podpowiadać...
̶
Ta argumentacja
wydała mi się poważną. Po namyśle przyjąłem garbuska do ławki, a mój sąsiad
zgodził się, za pięć bułek, odstąpić mu swego miejsca.
̶
Już po południu
Józio przeniósł się do mnie. Był to mój najszczerszy pomocnik, powiernik i
chwalca. On wybierał słówka i robił wszelkie tłomaczenia, on notował zadawane
przykłady, nosił kałamarz, pióra i ołówki dla nas obu. A jak podpowiadał!...
Przez czas pobytu w szkołach wielu mi podpowiadało, niektórzy nawet klęczeli za
to, ale żaden w tej sztuce ani się umywał do Józia. W podpowiadaniu garbusek był
mistrzem, bo umiał mówić z zaciśniętymi zębami i robił przy tym tak niewinną
minę, że żaden z profesorów nawet nie podejrzewał...
Ile razy osadzono mnie w kozie, garbusek
przynosił ukradkiem chleb i mięso ze swego obiadu. A gdy mnie spotkała jaka
większa nieprzyjemność, ze łzami w oczach zapewniał kolegów, że ja nie dam
sobie zrobić krzywdy.
̶
Ho! ho! - mówił
- Kazio jest mocny. On jak złapie diadkę za ramiona, to nim ciśnie o ziemię jak
piórkiem. Nie bójcie się!...
Istotnie koledzy moi nie bali się, tylko on, biedak,
bał się za nas obu.
Jeżeli garbusek nie potrzebował na jakiej lekcji
uważać, wówczas prawił mi komplimenta:
̶
Mój Boże!...
żebym ja był taki jak ty mocny!.-.Mój Boże!... żebym ja był taki zdolny...
Wiesz, że gdybyś chciał, to za miesiąc zostałbyś prymusem...
Pewnego dnia, całkiem niespodzianie,
nauczyciel języka niemieckiego wyrwał mnie na środek. Przerażony Józio ledwie
miał czas podpowiedzieć mi, że do czwartej deklinacji należą wszystkie
rzeczowniki rodzaju żeńskiego, na przykład die
Frau - pani.
Ostro wyszedłem i z wielką pewnością
zawiadomiłem nauczyciela, że do czwartej deklinacji należą wszystkie
rzeczowniki rodzaju żeńskiego, na przykład die
Frau - pani. Ale na tym skończyła się moja wiedza.
Profesor spojrzał mi w oczy, pokiwał
głową i kazał tłomaczyć. Przeczytałem po niemiecku płynnie i głośno raz, potem
jeszcze płynniej - drugi raz, ale gdy zacząłem czytać trzeci raz ten sam ustęp,
nauczyciel kazał mi pójść na miejsce.
Wracając do ławki spostrzegłem, że Józio
bardzo pilnie przypatruje się ołówkowi profesora i że ma bardzo zafrasowaną
minę.
Machinalnie zapytałem garbuska:
—
Nie wiesz, jaki
mi dał stopień?
—
Czy ja wiem -
westchnął Józio.
—
Ale jak ci się
zdaje?
—
Ja - rzekł
garbusek - dałbym ci piątkę, no - zresztą czwórkę, ale on...
—
A on ile mi dał?
- pytałem.
—
Zdaje mi się,
że - pałkę. Ale to osioł, co on tam wie...- odpowiedział Józio tonem głębokiego
przekonania.
Pomimo wątłości chłopczyna ten był
pracowity i bystry. Ja zwykle czytałem w klasie romanse, a on słuchał wykładu i
później mi go powtarzał.
Raz zapytałem go o czym mówił nasz
nauczyciel zoologii?
—
Widzisz, o tym
- odparł garbusek z tajemniczą miną - że rośliny są podobne do zwierząt.
—
Głupi on jest -
odpowiedziałem.
—
Ale - mówił
garbusek - on ma racją. Ja już go trochę rozumiem.
Zacząłem się śmiać i rzekłem:
—
No, kiedyś taki
mądry, to mi powiedz z czego jest podobna wierzba do krowy?
Chłopiec zamyślił się i powoli zaczął:
—
Widzisz krowa
rośnie, a wierzba także rośnie
—
A co dalej?
—
Widzisz krowa
się karmi i wierzba się karmi sokami z ziemi.
—
A co dalej?
—
Krowa jest
rodzaju żeńskiego, no - i wierzba jest rodzaju żeńskiego - objaśniał Józio.
—
Ale krowa macha
ogonem - rzekłem mu.
—
A wierzba macha
gałęźmi - odparł.
Taka suma argumentów nadwerężyła moją
wiarę w istnienie różnicy między zwierzętami i roślinami. Sam pogląd podobał mi
się, i od tej pory obudziło się we mnie zamiłowanie do zoologii streszczonej w
książce Pisulewskiego. Dzięki wywodom garbuska zacząłem z tego przedmiotu
miewać piątki.
Pewnego dnia Józio nie przyszedł do
szkoły, a nazajutrz przed południem powiedziano, że ktoś mnie wypukuje.
Wybiegłem na korytarz trochę niespokojny, jak zwykle w podobnych razach, lecz
zamiast inspektora zobaczyłem tęgiego mężczyznę, z pąsową twarzą, fioletowym
nosem i czerwonymi oczyma.
Nieznajomy odezwał się głosem nieco
chrapliwym:
—
To ty chłopcze
jesteś Leśniewski?
—
Ja.
Przestąpił z nogi na nogę, jakby
chwiejąc się, i dodał:
—
Zajdź tam do
mego syna Józia, do tego garbatego, wiesz? On jest chory, bo onegdaj trochę go
przejechali.
Znowu zachwiał się, spojrzał na mnie
błędnym wzrokiem i odszedł, głośno tupiąc o podłogę. Mnie jakby kto oblał
gorącą wodą. Zdawało mi się, że to ja raczej powinienem być przejechany, nie
zaś biedny garbusek, on - taki dobry i wątły...
Po południu wypadła rekreacja. Nie
poszedłem już do domu na obiad, tylkom pobiegł do Józia
Obaj z ojcem mieszkali na końcu miasta w
dwu pokoikach parterowego domu Gdym wszedł, zastałem garbuska leżącego w
krótkim łóżeczku. Był zupełnie sam, sam jeden. Ciężko oddychał i drżał z zimna,
bo w piecu nie napalono. Źrenice jego rozszerzyły się tak, że miał prawie
czarne oczy. W izdebce czuć było wilgoć, a z dachu padały krople topniejącego
śniegu.
Pochyliłem się nad łóżkiem i spytałem:
—
Co tobie,
Józiu?
On ożywił się, otworzył usta jakby do
uśmiechu, ale - tylko jęknął. Wziął mnie za rękę wyschłymi rączętami i zaczął
mówić:
—
Ja pewnie
umrę... Ale boję się... tak sam... więc prosiłem, żebyś przyszedł To... widzisz
niedługo... a mnie będzie trochę weselej...
Jeszcze nigdy Józio nie wydał mi się
takim jak dziś. Zdawało mi się, że z kaleki wyrasta olbrzym.
Zaczął głucho jęczeć i kaszlać, aż na
usta wystąpiła mu różowa piana. Potem zamknął oczy i ciężko oddychał, a czasami
wcale nie oddychał. Gdybym nie czuł uścisku jego rozpalonych rącząt, myślałbym,
że umarł.
Tak siedzieliśmy godzinę, dwie, trzy -
milcząc. Ja prawie straciłem władzę myślenia. Józio odzywał się rzadko i z
wielkim wysiłkiem. Powiedział mi, że go z tyłu najechał jakiś wóz, że go
strasznie zabolał krzyż, ale już go nie boli, że ojciec wczoraj wypędził sługę,
a dziś poszedł szukać innej...
Potem, nie uwalniając mi ręki, prosił,
ażebym zmówił cały pacierz. Zmówiłem, a gdym zaczął: "Kiedy ranne wstają
zorze", przerwał mi:
—
Mów jeszcze -
rzekł - "Wszystkie nasze dzienne sprawy..." Ja już się jutro pewnie
nie obudzę...
Słońce zaszło, nadciągnęła jakaś szara
noc, bo poza chmurami świecił księżyc. W domu nie było świecy, zresztą - nie
myślałem nawet zapalać jej. Józio był coraz niespokojniejszy, bredził i tylko
chwilami odzyskiwał przytomność.
Już było późno, kiedy od ulicy kołatnęła
furtka z wielkim hałasem. Przez podwórze przeszedł ktoś i gwiżdżąc otworzył
drzwi naszej izby.
—
To tatko? -
jęknął garbusek.
—
Ja, mój synu! -
odparł przybysz ochrypniętym głosem. -Jakże ci tam? Pewnie lepiej!... Tak być
powinno!... Zawsze uszy do góry, mój synu...
—
Tatku... nie ma
światła... - mówił Józio.
—
Głupstwo
światło!... A to kto?... - zawołał potykając się o mnie.
—
To ja... -
odparłem.
—
Aha! Łukaszowa?
dobrze!... Prześpij się dziś, a jutro - sprawię ci wnyki... Ja gubernator!...
Rum-jamajka!...
—
Dobranoc,
tatku!... dobranoc!... - szeptał Józio.
—
Dobranoc,
dobranoc, moje dziecko!... - odparł przybysz i schyliwszy się nad łóżkiem -
mnie pocałował w głowę. Uczułem, że pod pachą miał butelkę.
—
Wyśpij się - dodał
- a jutro marsz do szkoły!... Krokiem maarrsz!... Rum-jamajka!... - wrzasnął i
poszedł do drugiego pokoiku.
Tam ciężko usiadł, widocznie na kufrze,
uderzył głową o ścianę, a po chwili - rozległo się miarowe bulgotanie, jakby
ktoś pił.
—
Kaziu!, ..-szepnął
garbusek-jak już będę... tam.. .przyjdź do mnie czasem. Powiesz mi, co zadano
na lekcje...
W drugim pokoju wrzasnął przybysz:
—
Zdrowia życzymy
panu gubernatorowi!... Wiwat!... Ja gubernator!... Rum-jamajka!...
Józio począł się trząść i mówić coraz
niespokojniej:
—
Tak mnie
łamie!... Czyś ty na mnie usiadł, Kaziu? Kaziu!... O, nie bijcie mnie już!...
—
Rum!...
Rum-jamajka - wołano w drugim pokoju. Znowu coś zabulgotało, a potem - butelka
z przeraźliwym brzękiem uderzyła o podłogę.
Józio przyciągnął moją rękę do ust,
schwycił zębami za palce i - nagle puścił. Już nie oddychał.
—
Panie! -
zawołałem. - Panie! Józio umarł!...
—
Co tam
pleciesz? - mruknął głos z drugiego pokoju.
Zerwałem się z łóżka i stanąłem we
drzwiach patrząc w ciemność.
—
Józio umarł!...
- powtórzyłem cały drżący. Człowiek rzucił się na kufrze i wykrzyknął:
—
Wynoś mi się
stąd, błaźnie!... Ja, jego ojciec, lepiej wiem, czy on umarł!... Wiwat pan
gubernator!... Rum-jamajka!...
Uczułem trwogę i uciekłem.
Przez całą noc nie mogłem spać, miałem
dreszcze, męczyły mnie jakieś straszne marzenia. Z rana obejrzał mnie gospodarz
naszej stancji, powiedział, że mam gorączkę, że pewnie zaraziłem się od
przejechanego Józia, i - kazał mi postawić na krzyżu dwanaście baniek ciętych.
Po tym lekarstwie nastąpiło, jak mówił gospodarz, takie przesilenie, żem
tydzień leżał w łóżku.
Nie byłem na pogrzebie Józia, którego
odprowadziła cała nasza klasa z nauczycielami i księdzem prefektem. Mówiono mi,
że miał czarną trumnę aksamitną, tak małą jak pudełko od skrzypców.
Ojciec jego strasznie płakał, a na
cmentarzu złapał trumnę i chciał z nią uciekać. Ale pomimo to Józia pochowali,
a jego ojca komisarz z policjantem wyprowadzili z cmentarza.
Gdy pierwszy raz poszedłem do szkoły,
powiedziano mi, że ktoś co dzień wypytuje się o mnie. Jakoż o jedenastej
wypukano mnie.
Wyszedłem - za drzwiami stał ojciec
zmarłego Józia. Miał twarz barwy bladofioletowej, a nos popielaty. Byt zupełnie
trzeźwy, tylko trzęsła mu się głowa i ręce.
Człowiek ten wziął mnie pod brodę i
długo wpatrywał mi się w oczy, a potem nagle rzekł:
—
Ty obroniłeś
Józia, kiedy mu w klasie dokuczali?...
"Czy zwariował ten stary?" -
pomyślałem, alem mu nic nie odpowiedział.
On objął mnie rękoma za szyję i
pocałował kilka razy w głowę szepcząc:
—
Niech cię Bóg
błogosławi... Niech cię błogosławi!...
Puścił mi głowę i znowu spytał:
—
Byłeś przy jego
śmierci?... Powiedz mi prawdę, bardzo on się męczył?...
Wtem cofnął się i rzekł prędko:
—
Albo nie... nic
mi już nie mów!... O, nikt nie wie, jakim ja nieszczęśliwy!...
Z oczu poczęły mu płynąć łzy. Schwycił
się oburącz za głowę, odwrócił się ode mnie i pobiegł ku schodom krzycząc:
—
Biedny ja!...
biedny... biedny...
Wołał tak głośno, że na korytarz
powychodzili profesorowie. Patrzyli za nim, pokiwali głowami i kazali mi wrócić
do klasy.
Nad wieczorem jakiś faktor przyniósł na
stancją spory kufer dla mnie i kartkę z tym tylko napisem:
"Od biednego Józia -
pamiątka."
W kufrze było mnóstwo pięknych książek
po nieboszczyku Józiu, a między nimi: Księga
świata, Historia Cezara Cantu, Don Quichot, Galeria Drezdeńska i wiele innych. Książki te obudziły we mnie
namiętną chęć do poważniejszego czytania.
Dobrze już na wiosnę wybrałem się
pierwszy raz na grób Józia. Był taki mały i zgarbiony, jak on sam.
Spostrzegłem, że ktoś obsadził go zielonymi gałązkami. O parę kroków dalej,
między trawą, znalazłem kilka butelek z napisem: Rum-Jamaica. Siedziałem z
godzinę, alem nie powiedział Józiowi, co zadali na lekcje, bo i sam nie
wiedziałem, i on się nie spytał.
W tydzień znowu przyszedłem na cmentarz.
Znowu zobaczyłem gałązki świeżo zatknięte w grób Józia, a między trawą - znowu
znalazłem kilka całych i nadtłuczonych butelek.
W początkach maja rozeszła się po
mieście szczególna wiadomość. Oto z rana, przy grobie Józia, znaleziono martwe
zwłoki jego ojca. Obok nich leżała wypróżniona do połowy butelka z napisem:
Rum-Jamaica.
Mówili doktorzy, że człowiek ten umarł
na anewryzm.
Wypadki te oddziałały na mnie w
szczególny sposób. Od tej pory ciężyło mi towarzystwo kolegów i nudziły ich
krzykliwe zabawy. Wówczas zatapiałem się w czytaniu książek, które mi zostawił
Józio, albo wymykałem się za miasto, w jary zarosłe krzakami, i włócząc się tam
rozmyślałem - Bóg wie o czym. Nieraz zapytywałem się, dlaczego tak nędznie
zginął Józio i dlaczego ojciec był tak samotny, że aż musiał tulić się do grobu
syna. Czułem, że największym nieszczęściem jest opuszczenie, i zrozumiałem,
dlaczego biedny garbusek szukał przyjaciela.
_________________________________________________________________________
BIBLIOGRAFIA
1.
Borecka I.,
Biblioterapia w szkole podstawowej i gimnazjum.
Wałbrzych 2002.
2.
Dambach K. E.,
Mobbing w szkole. Przeł. A. Ubertowska.
Gdańsk 2003.
3.
Malicka M.,
Bajkoterapia. O lękach dzieci i nowej metodzie terapii.
Poznań 2002.
4.
Prus B.,
Grzechy dzieciństwa.
Warszawa 1968.
5.
Tomasik E.,
Czytelnictwo i biblioterapia w pedagogice specjalnej.
Warszawa 1994